Jak zaczęła się Pani przygoda z dubbingiem jako reżysera dubbingowego ?
– Przygoda z dubbingiem zaczęła się kiedy miałam 5 lat.
Przyszłam na świat to moja mama w nim pracowała.
Zaproszono mnie do dubbingu gdy byłam wówczas jeszcze dzieckiem nie czytającym więc trzeba było powiedzieć mi każde zdanie oddzielnie.
Jako reżyser dubbingowy rozpoczęłam pracę po śmierci mojej mamy. Było to w 1990 roku, a ponieważ już byłam reżyserem teatralnym więc reżyseria dubbingowa nie sprawiała mi takiej trudności. Cały bowiem czas byłam pod obserwacją nieżyjącej już Pani Marii Piotrowskiej. Wtedy również na zlecenie Disney’a odpowiadałam za dźwięk do rewii na lodzie pt. „Pinokio”. Rewia okazała się całkowitą klapą, bowiem na naszym Torwarze kiepsko słychać. Nasze wysiłki oraz starania głównego bohatera, nawiasem mówiąc dziecka, wówczas jeszcze nieczytającego (Norbert Jonak) grającego Pinokia, poszły na marne. Zresztą sam Pan Wiesław Michnikowski, który grał tam rolę Dżepetta i który zabrał swoich wnuków, przeżywał męczarnie ponieważ okazało się że wnukowie nic nie słyszeli.
Po tych początkach powróciłam do „normalnego” dubbingu
i zrealizowałam swój debiut. Potem grono moich szanownych koleżanek film obejrzało i zaakceptowało, i tym samym weszłam
w szeregi zawodowych reżyserów dubbingowych.

A skoro mowa o debiucie, to jaki to był film i jak go Pani ocenia ?
– Moim debiutem był film dla kin pt. „Bingo„. To był film „ludzki”, bowiem my w dubbingu dzielimy filmy na ludzkie (w którym grają ludzie) oraz rysunkowe. Film ten opowiadał o przyjaźni psa cyrkowego z chłopcem. Po paru latach dubbingowałam go ponownie na zlecenie innego dystrybutora.

Ile razy musi Pani obejrzeć film, zanim podejmie decyzję o wyborze aktorów ?
– To wszystko zależy od rodzaju filmu i stopnia jego trudności. Proste, zabawne kreskówki oglądam 2-3 razy. W przypadku filmu fabularnego o trudnej i „ciężkiej” treści, ogląda się go 7-10 lub nawet kilkunastokrotnie. Praca od momentu obejrzenia filmu do ustalenia obsady trwa cały czas. Przez ten czas kręci mi się w głowie „dyskietka” (kiedyś mówiono na to płyta) na której zapisane są wszystkie głosy. To jest tak, jakbyśmy tworzyli portret pamięciowy dla policji a następnie na ten portret nakłada się zdjęcie właściwego człowieka. Tak samo jest u mnie. Mam jakąś postać a w głowie dopasowuję do niej aktora, który mógłby ją zagrać. I gdy oba wizerunki pasują do siebie, wtedy jest wszystko OK.
Zdarzyło się tak, że dopasowałam aktora do postaci przed zaśnięciem i kiedy wszystko ładnie się pokryło i „miałam” już danego aktora, to… w tym momencie zasypiam a rano nie mogłam sobie przypomnieć, kto to był ? To był koszmar a najgorzej jak sobie przypomniałam o nim w trakcie pracy z innym aktorem !
Czasem zdarzają się inne wypadki. Bywa tak, że aktor przeze mnie wymarzony nie ma czasu albo jego głos nie zostanie zaakceptowany w castingu przez zleceniodawcę. Jesteśmy bowiem zobligowani przez niektóre firmy jak Warner Bross, Disney czy Uniwersal Pictures do robienia tzw. prób głosu i wysyłania ich za granicę gdzie odbywa się osąd nad zbieżnością głosu. Wysyłając te głosy zawsze wysyłam w takiej kolejności, którą uważam za najbardziej prawidłową dla mnie, tzn. że aktor najlepiej spełnia te warunki. Jednakże tam niespecjalnie zwraca się na to uwagę i taką miałam sytuację.
Kiedyś, gdy przygotowywałam próby głosów do wysłania namówiłam Krzysia Kolbergera by zagrał w filmie, którego byłam reżyserem. Podczas prób głosu nie bardzo się skupiłam nad pozostałymi dwoma aktorami. No i na moje nieszczęście przeszedł ten, nad którym się nie skupiłam, a w rezultacie powiedziano mi,
że Kolberger był zbyt ciepły do tej roli. Są to pomyłki wynikające z innego patrzenia na pewne rzeczy w różnych krajach. Bowiem dubbing nie jest powieleniem oryginału i nie jest przenoszeniem filmu w stu procentach. Dubbing to przystosowywanie danego materiału do danej rzeczywistości.
Dam przykład. Rosjanie są, jak wiemy o wiele bardziej wylewni.
Tam mężczyźni całują się w usta i to jest jak najbardziej naturalne.
U nas, w Polsce, takie zachowanie jest nie do przyjęcia. W czasach, kiedy „kolega” Leonid Breżniew rzucał się na naszych przywódców, to nie było dla niego dziwne, ale oznaczało (w tamtejszej szerokości geograficznej) wyrażenie swoich uczuć oraz szacunku. Im dalej
na zachód tym gorzej. Np. Anglicy są narodem trzymającym się na dystans a całowanie w rękę, które jest u nas najwyższym przykazaniem szacunku, tam oznacza zupełnie coś innego, coś przeciwnego. Całując tam np. w rękę królową angielską można „popaść” w straszne tarapaty, ponieważ królowa nie życzy sobie by ją „gryźć w rękę”. To wszystko są rzeczy regionalne i dotyczą systemów myślenia.
Powracając do przykładu z Kolbergerem to ostatnią rzeczą, o której wtedy mogłam pomyśleć jest to, że postać ma być osobą chłodną, a jak wiemy Krzysztof Kolberger jest tak fantastycznym aktorem, że może zagrać nawet otwarty zamrażalnik, to tylko kwestia tego czego się od niego wymaga. Ja natomiast nie wymagałam od niego tego chłodu, bowiem przy tym co robiliśmy, nie wydawało mi się to konieczne, ale niestety za granicą doszli do wnioski, że Krzysiek nie pasuje.
Potem przez cały film było mi szkoda szczególnie przy scenach lirycznych, delikatnych, że właściwie mam do czynienia nie z tym aktorem, którego bym chciała.
Przyznam się, że raz nie zgodziłam się z „wyrocznią” (choć nie powiem do jakiego filmu) i wzięłam inną aktorkę, niż tę, którą wybrano, udając, że chodzi właśnie o tę. Kiedy pojechałam do Londynu i rozmawiałam z osobą, która zatwierdzała próby głosu, to usłyszałam : „Fantastycznie, pięknie zagrała”. A ja wtedy odpowiedziałam „Widzisz, bo to nie jest ta, którą ty wybrałeś, tylko ja”. Mając możliwość rozmowy z tą osobą, powiedziałam mu, że ja znam aktorów i ich możliwości a on słyszy tylko ich głosy. Skończyło się na tym, że umówiliśmy się, że kiedy będę mu przysyłała próby głosu to będę podawała swoją kolejność tzn. osoba z pierwszego miejsca na liście jest moim typem i według mnie głosowo idealnie nadaje się do tej roli. Nienawidzę prób bo wiem, że z trzech osób które zostaną wytypowane do roli, dwie muszą odpaść. A przecież wybieram tak, że każda z nich mogłaby zagrać tę rolę !

Proszę wymienić najważniejsze filmy, które Pani wyreżyserowała w dubbingu.
– Z dużych filmów to przede wszystkim „Babe – świnka z Klasą„, filmowa wersja „Kacper” za który to film miałam przyjemność dostać podziękowanie za najlepszy dubbing światowy !
Wiadomo jak jest na świecie. Tam dubbing jest uważany za najlepszą formę przekładania filmu z jednej płaszczyzny językowej do drugiej bez niszczenia całej ścieżki dźwięku tzw. tonu międzynarodowego, nie niszcząc muzyki i obrazu oraz nie tłamsząc efektów.
Wiadomo, że ani lektor ani jakiekolwiek napisy nie oddadzą w pełni wszystkich dialogów filmu. Poza tym wyobraźmy sobie, że jakiś malarz namalował sobie dzieło a potem ktoś przychodzi i maluje na tym literki. Przecież jakby ktoś zaczął malować jakieś znaczki na „Bitwie pod Grunwaldem” to by nas „szlag” trafił ! A operator w filmie tak samo pieczołowicie pracuje nad każdym kadrem jak malarz nad obrazem.
Oprócz tych wszystkich „utrudnień” w tłumaczeniu filmu dochodzi jeszcze lektor. Otóż z tym lektorem, który do dzisiaj występuje w naszej telewizji było tak. Głos lektora w filmie był nazywany (i jest nazywany do dziś) „szeptanką„. To było wymyślone po to, że ktoś kto znał język oglądał sobie film w oryginale, a temu kto tego języka nie znał, lektor podszeptywał tłumaczone zdania. Taki lektor może zepsuć nam całą zabawę, ponieważ po pierwsze zagaduje to, co chcielibyśmy usłyszeć, a po drugie zagaduje niekoniecznie tak jak należy tzn. my wściekamy się bo usłyszymy tam jakiś zwrot,
który w tłumaczeniu na nasz język brzmi nieco inaczej. Ale tak to już jest z tłumaczeniem. Zawsze to jest lekko przeinaczone po to by zbliżyć tłumaczenie do naszych realiów. Bo jeśli u nas jest „Bez pracy nie ma kołaczy” a po amerykańsku to brzmi „Nie ma sukcesu bez łez” to nie dziwmy się, że usłyszymy co innego. Kiedy czyta lektor to filmu w oryginale nie da się obejrzeć. Przekonałam się o tym podczas studiów w „Kraju kwitnącego ziemniaka” czyli w Rosji, kiedy będąc na pierwszym roku studiów poszłam do kina na „Panny z Wilka”, które były wyświetlane w ramach jakiegoś festiwalu. Oprócz tego chciałam przy tym filmie wypocząć od męczarni, słuchając własnego „narzecza”. No i niestety w kinie czytał lektor, bo to był film przeznaczony na przegląd festiwalowy a nie do kin. Tylko mnie diabli wzięli bo znów musiałam się męczyć i słuchać tego co on gada.
Powracając do filmów, które wyreżyserowałam (oczywiście jako reżyser dubbingowy). Dla Disneya zrobiłam „Kubusia Puchatka„, „Chip i Dale – Brygada Ryzykownego Ratunku„. Zrobiłam także „Wezwanie z końca świata czyli Bernarda i Biankę w krainie kangurów” (która później została nagrana jeszcze raz w stereo przez mojego kolegę), oraz „Aryskotraci„, „Księżniczkę Łabędzi” wszystkie 3 części z czego pierwsza część trafiła do kin. Bardzo miło wspominam sobie film „Złodziej z Bagdadu„. Był nieprzeciętnie rysowany, człowiek który to rysował miał niebotyczną wyobraźnię. Także niebotyczny serial „Żukosoczek” na podstawie filmu „Beetle Juice”, no i „Muppety„. Telewizyjne części „Muppetów” z nowej serii, spotkanie z Pierce’m Brosnanem, Whoopie Goldberg. Zresztą uwielbiam stylistykę i poczucie humoru Jima Hensona i najchętniej bym się poruszała w tym klimacie do końca swego życia. Po prostu uwielbiam to poczucie humoru, ten sposób myślenia. Robiłam serial przez Jima Hensona wymyślony, a robiony przez jego następców – „Dog City – miasto piesprawia„. To była niebotyczna zabawa. Mnie to poczucie humoru bierze, lubię rzeczy z poczuciem humoru.

Która z metod dubbingu była Pani bliska : ta dawniejsza, gdzie zbierało się w studiu kilkunastu artystów, czy ta obecna, gdzie pracuje się z jedną lub dwiema osobami ?
– W tej pracy są plusy i minusy. Są takie momenty kiedy zmuszam mojego kierownika produkcji, by mi zaprosił aktorów razem do studia. Tak było np. przy „Przyjaciołach” – serialu komediowym, gdzie zabawa polega na tym, że jest pewna grupa przyjaciół, która stoi przed mikrofonem, między nimi wytwarza się pewna relacja a niektóre żarty rodzą się z tego, że grają razem. Kiedy startowaliśmy z „Przyjaciółmi” cztery lata temu to był to jeden z pierwszych filmów komediowych dubbingowanych u nas. Wtedy nie mieliśmy takiej wykwalifikowanej grupy dialogistów, którzy mogliby pociągnąć typowo komediowe teksty. Samo przetłumaczenie nie jest wystarczające ponieważ wiele żartów jest po prostu sytuacyjnych pasujących do rzeczywistości kraju, z którego ten film pochodzi. U nas te same żarty będą niezrozumiałe. Mieliśmy odcinek o amerykańskim pokerze, którego nie znamy zasad i nie wiadomo o co chodziło, jednak trzeba było film tak przystosować, żeby naszego widza również to bawiło. Kiedy miałam aktorów na sali to tworzyliśmy razem pewne rzeczy, zmienialiśmy je tak by były bardziej pod naszego widza i żeby nie utracił na tym humor. Jeżeli się gra wspólnie to takie rzeczy można pokonać.
W przypadku gry z dziećmi jest zupełnie inaczej. Dzieci powinny grać razem z aktorami, dlatego, że dziecku jest wtedy łatwiej. Dziecku trzeba przetłumaczyć całą płaszczyznę tego, co przeżywa jego bohater w filmie, na język dla niego zrozumiały.
Kiedy robiłam „Niekończącą się historię (Neverending Story) IV” gdzie bohaterowie przeżywają rzeczy, których normalnie dzieci nie poznają, a trzeba jakoś uruchomić te emocje w dziecku, tak by pokrywały się z emocjami bohaterów z ekranu. Trzeba stworzyć dziecku w wyobraźni jakiś obraz by obudzić drzemiącą w nim emocję. Może to być strach, okrzyk i trzeba zrobić to tak, że jeśli dziecko musi wydać z siebie okrzyk to musi być okrzyk. Jak gram z dziećmi to prawie nie oddycham tzn. dopóki dzieci grają, ja wstrzymuję oddech, po czym łapię się na tym, że nie oddychałam przez jakiś czas i mogłam się udusić (to oczywiście żart).

Który film wyreżyserowany przez siebie ocenia Pani jako „strzał w dziesiątkę” ?
– „Babe – świnka z klasą”.

Czy podczas sesji dubbingowej jest Pani stanowcza w stosunku do aktorów, czy też daje im Pani wolną rękę i pozwala na zagranie sceny tak jak to oni sobie wyobrażają ?
– Daję im wolną rękę. Najważniejszymi sprawami dla mnie w dubbingu są po pierwsze : obsadzenie aktorów, a po drugie wytłumaczenie danemu aktorowi sposobu zachowywania się postaci w odpowiednim momencie. Ja to nazywam brzydko „kto kogo goni”. I staram się nie popadać w żadne pułapki. Zresztą to kiedyś dokładnie uświadomił mi Krzysiek Kołbasiuk : kiedy mi się nie udaje czegoś wytłumaczyć to przerysowywuję swoją wizję, pokazując jak ma być zagrana dana scena. I Krzysiek na mnie popatrzył i powiedział – „Oj, bo tak zagram !”. Kiedy aktor gra nie po mojej myśli, wtedy przerywam mu i mówię, żeby zagrał tak jak ja chcę. Widząc, że aktor mnie słucha lecz nadal robi swoje, zamykam oczy i porównuję jego grę z moją wizją. Bo ja nie zawsze muszę mieć rację, aktor przecież może moją informację odbierać w zupełnie inny sposób i w taki sposób ją przeżywać. I jeśli jego gra zgadza się w całości z jego organiką, z jego sposobem odbierania świata i filmu, to ja nie mam prawa się w to wtrącać. To nie oznacza, że nie mogę. Czasami mogę się uprzeć, że chcę tak, ale wtedy może się zdarzyć, że scena nie będzie naturalna lecz wymuszona, a jak moja mama mawiała (w końcu była w tym najlepsza i do dzisiaj jest lekko niedoścignionym wzorcem w dubbingu) – „lepsze jest wrogiem dobrego”. I miała rację. Dzisiaj można nagrać nawet kilkanaście wersji danej sceny, lecz kiedyś było to niemożliwe bo wymazywało się jedną rzecz by nagrać drugą i było tej utraconej wersji szkoda, bo czasami ta wymazana wersja była lepsza od tej nagranej w to samo miejsce. Osobiście uważam, że każda twórczość czy to teatralna, filmowa, radiowa czy też dubbingowa jest wynikiem wspólnej pracy zespołu i nie można na niej odciskać wyłącznie swojego piętna, ponieważ traci się charakter a zadaniem reżysera jest by wszyscy grali „do tej samej bramki”. Kiedyś nawet zastanawiałam się poważnie czy w ogóle jest potrzebny reżyser w dubbingu. Jeśli już obsadził aktorów to może nie jest już potrzebny bo aktorzy sami sobie to wszystko nagrają, przecież mają długość, pokazane emocje, no … mają wszystko. Zastanawiałam się nad tym zagadnieniem, póki nie obejrzałam jednej pozycji z cyklu przeznaczonego do dubbingu „Szekspira dzieła wszystkie”. Do tego spektaklu zaproszono czołówkę naszych najlepszych aktorów, tylko że każdy był osobowością dla siebie i każdy grał po swojemu. Nikt ich nie zgarnął i nie pokierował do tej „jednej bramki”. Na ogół główne grają osobno. Kiedy w studiu jest jeden aktor, to praca przebiega prędzej. Jednak od reżysera wymaga to bardzo dużego skupienia, by nie doszło do nielogiczności.
A jeśli chodzi o zespołowe granie gwarów i epizodów, to jest to bardzo istotna rzecz, przez niektórych mocno pomijana. Niektórzy ludzie uważają : „A, tych parę epizodów. Nieważne – byleby skupić się na głównych rolach”. Nie ! Jak mawiał Stanisławski : „Króla grają dworzanie”. Co to oznacza ? Jeżeli aktor gra króla, a cała reszta nie będzie grała szacunku dla tego króla, to on w życiu tej roli nie zagra. Dopiero stosunek pozostałych aktorów do tego kogoś daje nam efekt tego, że on jest królem. Możemy sobie pięknie obsadzić główne role, ale jeżeli nie będzie nam wszystko grało w drugim i trzecim planie i postacie występujące nie będą współgrały z całym materiałem to po pierwsze zdradzamy, że to jest dubbing (bo to od razu wylezie), a po drugie niszczymy atmosferę filmu, do czego nie mamy prawa. Granie gwarów i epizodów jest najtrudniejszą rzeczą bo jest to stwarzanie całej atmosfery filmu. A najlepszy dubbing jest taki, którego nie słychać. Najlepszy dubbing jest w momencie, gdy ktoś nie wie czy to było dubbingowane czy nie. Jeżeli nam się coś takiego uda, to znaczy, że zrobiliśmy dobrze swoją pracę. Zresztą wykonujemy zawód, którego nie ma. Proszę wymienić mi paru reżyserów dubbingowych na świecie. Nikt ich nie zna. Ja oprócz swoich koleżanek i kolegów też nie znam nikogo takiego. Zawód ten prowadzi niekiedy pod koniec życia do frustracji. Są ludzie wykonujący zawód, starają się jak mogą przez całe życie a potem czują się niedocenieni. Owszem robią karierę w swoim środowisku, są cenieni przez kolegów, aktorów, reżyserów itd. I to wszystko. Niekiedy trafiają się podziękowania za najlepszy dubbing światowy, i to dodaje człowiekowi skrzydeł. Wtedy reżyser jest zadowolony, bo jego wysiłki zostały zauważone i docenione. Kiedyś, w czasach naszych głębokich „demoludów”, odbywał się na Węgrzech festiwal filmów dubbingowych, gdzie zapraszane były dwa, trzy filmy dubbingowane w różnych językach np. czeskim, węgierskim, rosyjskim, bułgarskim. I polski dubbing był na ogół najlepszy. To był festiwal bez nagród, natomiast była tam konfrontacja, spotkania towarzyskie osób związanych z dubbingiem, celem wymiany doświadczeń. Szkoda, że to zniknęło razem ze starym ustrojem. Moją mamę spotkał nawet zaszczyt, że reżyser „Anny Kareniny” chciał kupić po raz drugi ten film z polskim dubbingiem, bo uważał że dubbing jest lepszy od oryginału wykonanego przez niego.
Kiedyś zapytano Łapickiego, dlaczego w pewnej scenie nie płacze. Łapicki odpowiedział, że „Polski mężczyzna w takiej sytuacji nie płacze”. I to jest prawda. W wielu sytuacjach Rosjanie się wzruszają i płaczą – my natomiast nie. Jak już wcześniej powiedziałam, dubbing nie jest powielaniem oryginału – jest dostosowywaniem go do naszej rzeczywistości. Nie mam tu na myśli filmów science fiction gdzie wszystko jest z kapelusza, ale o takich normalnych historiach. My odbieramy świat troszkę inaczej, niż odbierają Anglicy, Amerykanie czy też Rosjanie. Bogu dzięki, że nie dubbingujemy filmów hinduskich, bo to są w ogóle inne rejony myślenia i trudno byłoby przełożyć to na nasz język.

Jakie cechy powinien posiadać dobry reżyser dubbingowy ?
– Dobry reżyser dubbingowy powinien posiadać zdolność poszukiwania w materiale, który jest dany i w potencjale, który posiada w aktorach. Znajdowania styczności tych elementów tzn. mówi się, że się obsadza na zasadzie fizycznego podobieństwa. Bardzo często tak jest. Natomiast nie jest to normą. Przy obsadzaniu trzeba pamiętać nie o fizycznym podobieństwie aktora do postaci, którą gra lecz o tym co dana postać niesie ze sobą (tutaj się w pełni zgadzam z poglądami mojej matki). Ważne jest to, by reżyser dubbingowy posiadał zdolność akceptacji propozycji, przysłuchiwania i prowadzenia aktora tzn. żeby aktor miał możliwość wejścia w tę postać a nie, że ja odcisnę swoje piętno i zmuszę do mojej wersji – to nie o to chodzi. Tutaj chodzi o połączenie mojej i jego twórczości. Aktor musi włożyć w swoją rolę kawałeczek siebie bo inaczej nie ma co grać. To jest dla aktora bardzo trudne zadanie i właśnie reżyser dubbingowy powinien mu w tym pomóc, w miarę swoich możliwości.

I ostatnie pytanie. Jak się Pani czuje jako aktorka w filmach dubbingowych ?
– Całe życie chciałam być aktorką, całe życie starałam się być aktorką. Zresztą ukończyłam studia, które mi pozwalają i grać i reżyserować równocześnie. Cały czas mnie zaskakuje, że ktoś mnie bierze. Szczycę się tym, że zostałam przez nieżyjącą Panią Marię Piotrowską zaproszona do „Króla Lwa”, żeby zagrać hienę Shenzi, którą w oryginale grała Whoopie Goldberg, moja ulubioną aktorką. I potem było już tak, że zostałam polską Whoopie Goldberg i jeżeli gdzieś występuje Whoopie Goldberg to od polskiej wersji starają się mnie zaprosić. Cieszy mnie każdy moment zaproszenia mnie na salę w roli aktorki.
Uwielbiałam grać „Siostrzeńców Kaczora Donalda”. Grałam tam siostrzeńca Dyzia. W tych zwariowanych siostrzeńców wcieliły się trzy panie reżyser obecnie, wtedy trzy koleżanki czyli Asia Wizmur, Ilona Kuśmierska i ja. Trzy Panie tego samego wzrostu, rozrabiające jak pijany zając w kapuście. To były czasy kiedy grało się zespołowo i myśmy to uwielbiały. Grając długo jakąś postać człowiek zaczyna mieć psychikę tej postaci którą gra. Myśmy miały wtedy psychicznie po jakieś 7 lat i pełno głupot w głowie, szaleństwo absolutne. Bardzo lubię się w to bawić. Daje mi to dużo radości.
Jako reżyser również chcę stwarzać takie sytuacje u siebie na sali. Wrażenie, że jest to zabawa, mimo że to ciężki kawałek chleba. Staram się, żeby atmosfera na sali była bardziej zbliżona do radości ze wspólnego przebywania i stworzenia czegoś niż do wykonywania ciężkiej pracy. Aktor zmęczony i zdenerwowany nie jest mi do niczego potrzebny, więc moim zadaniem jest praca nad tym, żeby on czuł się jak najlepszy. Wtedy jest w stanie zrobić wszystko. Zdenerwowany, bądź znerwicowany aktor, na którego reżyser pohukuje daje jedną trzecią swoich możliwości, a szkoda.

Dziękuję za rozmowę.

P.S. Chciałam najmocniej przeprosić moją koleżankę po fachu, Panią Joannę Wizmur za mylną interpretację mojej wypowiedzi, którą, okazuje się, można było wywnioskować z wywaidu przeprowadzonego ze mną. Powołując się na przykład jej pracy chciałam pokazać, jak ciężki jest nasz zawód, ile wymaga pracy i zachodu aby zadowolić wszystkich, i widzów, i zleceniodawców, i krytykę. Nigdy nie zamierzałam poddawać w wątpliwość zdolności mojej koleżanki, której pracę zawsze bardzo wysoko ceniłam i cenię (czego dowody niejednokrotnie dawałam).
Jeżeli ktoś omylnie odczytał moją wypowiedź to jest mi bardzo przykro, a koleżankę Joasię Wizmur tą drogą oficjalnie P R Z E P R A S Z A M