Wizmur JoannaJak się zaczęła Pani praca z dubbingiem?
To było 6 lat temu. Po ukończeniu szkoły Krakowskiej i zagraniu w kilku filmach, stwierdziłam, że to co robiłam dotychczas nie wystarczało mi, a ponieważ bardzo lubiłam dubbing, to stwierdziłam, że mogę spróbować szczęścia po drugiej stronie, właśnie jako reżyser. Pomyślałam sobie, że jak się tym zajmę będę mogła w pewnym sensie bardziej stanowić o sobie. Ponadto praca ta bardzo mnie ciekawiła. Tak więc porzuciłam deski teatralne (grałam w teatrze „Syrena”) i zaczęłam pracę w studiu „Start”, w którym zaproponowano mi pracę.

Jaki był Pani reżyserski debiut?
Debiutem moim był „Głupi i Głupszy” . To był serial rysunkowy na podstawie filmu pod takim samym tytułem. Następnie rysunkowe „Opowieści z Krypty”. Później dostałam szansę od losu bo w tamtych czasach zaczęła intensywnie wchodzić na nasz rynek wytwórnia Disney’a i wkrótce reżyserowałam „Alladyna i Króla Złodziei” – film rysunkowy przeznaczony do użytku domowego (kasety wideo). To był dość wysoki próg, bo ledwo zaczęłam a wymagania zostały podniesione.

Który z filmów sprawił Pani największą trudność?
Sporo trudności mi sprawił mi film „Atlantyda”, który był filmem czysto przygodowym, gdzie występuje sporo postaci bardzo charakterystycznych, taka zbieranina, jak ja to nazywam… „legia cudzoziemska”. Film ten stał się bardzo poważnym zadaniem… Było bowiem sporo dialogów i występowała duża malowniczość postaci. Każda postać była zupełnie inna. Tak więc „Atlantyda” była tym filmem sprawiającym, może nie tyle kłopot, ile potrzebę większej pracy. To samo z kolei miałam przy filmie „El Dorado” Dream Works’a, gdzie dwie główne postacie prowadziły dużo dialogów i podstawową trudność stanowiło, aby powyciągać wszelkie niuanse tych rozmów.

Natomiast jeśli film jest zabawny i śmieszny, ma dobrze napisane dialogi i do tego dobrani są dobrzy aktorzy no to.., nie umniejszając swojej roli, ta praca jest po prostu frajdą.

Czym Pani się kieruje wybierając aktorów do dubbingu?
Przede wszystkim kieruję się rzecz jasna oryginałem. To jest zawód, który wymaga pewnej pokory. Należy powtórzyć to co jest na ekranie, żeby zgodziło się z postacią narysowaną. W normalnych warunkach, aktor lubi być niepokorny i bardzo dobrze, natomiast granie w dubbingu wymaga pewnych rygorów. Kieruję się rzecz jasna barwą głosu, która jest przypisana danej postaci. Przypatruję się jej budowie np. twarzy, szczęce, figurze, posturze. Zdarza się, że duży człowiek ma cienki głos i odwrotnie – chudziutki człowiek nagle z siebie wydobywa ciężkie basy. Na pewno niewątpliwie pierwszą rzeczą na którą patrzę poza głosem, jest jednak sposób zachowania postaci na ekranie, jej temperament, zastanawiam się z kim mi się kojarzy psychika tej postaci. Bardzo często gdy oglądam film to ściszam głos i patrzę na postać. Robię sobie notatki. Potem włączam głos i patrzę czy mi się to zgadza. Czasem kieruję się czymś co mi wpadnie do głowy. To może być totalna bzdura. To może być szalenie ryzykowne, ale czuję, że to właśnie jest „to”. No, a potem robię castingi i wysyłam. Po drugiej stronie jest sztab ludzi, którzy się fenomenalnie na tym znają. Kiedyś zrobiłam taki eksperyment, że szukałam postaci do Maleństwa „Kubusia Puchatka”. Gramy ten film ze 20 lat, no i to Maleństwo ciągle rośnie, bo to są dzieci i trzeba ciągle szukać nowych, młodych chłopców. Ja już z tej rozpaczy nagrałam siebie, a przedstawiłam się jako chłopczyk. Oczywiście dostałam zwrotną odpowiedź, bardzo uprzejmą, że „Widać nie zrozumieliśmy się, ale dobrze żeby to był mężczyzna”. Oni są po prostu nieprawdopodobni, im należy ufać bo mają rację. Jak wysyłam im głosy to mam wrażenie, że jest jakiś wybór. Zawsze jak urządzam casting to staram się brać takie osoby, z którymi mogłabym pracować. Ale powiedzmy, że wśród tych typów mam swój typ, prawda ? Jestem przekonana, że przejdzie a jest zupełnie inaczej. I potem w czasie grania mówię; Kurczę, mieli rację ! Tak, że należy w to wierzyć, należy im ufać i musi istnieć tak zwana zgoda współpracy. Nie buntu, że my to lepiej, my inaczej, nie oni będą nam pokazywać. Oni robią to dobrze. Oczywiście, że my ze swojej strony również musimy. Musi jednak nastąpić zgoda współpracy z tą drugą stroną, która ten film stworzyła. Walka musi się toczyć w sprawie zrobienia dobrego filmu.

Czy podczas takiego nagrania jest Pani stanowcza dla aktorów czy daje im Pani wolną rękę?
Ja niewątpliwie daję wolną rękę aktorom. Wie pan, jeżeli ja mam naprawdę dobrych aktorów to jak nie mam im dawać wolnej ręki ? To byłoby niepotrzebne zamykanie. Spotykając się co rusz z nowymi aktorami, uczę się od początku. Uczymy się wzajemnie. Oczywiście pod warunkiem, że jeżeli ja zawołam młodego człowieka, który ukończył szkołę i on wchodzi w to. To są wspaniali ludzie, którzy chcą się uczyć, słuchający, bardzo chłonni. To mi zawsze daje nadzieję, że ta młodzież nie jest taka, jaką ja znam z telewizora. To są wspaniałe dzieci i wtedy to jest taka dłubaninka. Trzeba im uświadamiać pewne rzeczy. Chwilami te „szwy” szkolne ściągać, bo nie mieli czasu by się tego pozbyć. Sądzę, że jestem lubiana przez swoich aktorów, ponieważ dla mnie najważniejszą rzeczą na sali podczas nagrania jest aktor. Aktor, nie ja, nie szef Disney’a, czy dialogista, bo teraz tak się porobiło że dialogista również siedzi, bo aktorowi coś nie pasuje i trzeba szybko tekst napisać. Tekst właściwie tworzymy na sali, bo aktorowi coś się nie podoba, bo można inaczej. Tak, że siedzi nas bardzo wiele osób. Jest reżyser dźwięku, który pilnuje tego wszystkiego od strony technicznej. Ale najważniejszy jest aktor. Najważniejszy, bo jeżeli ja nie będę dbała o to, to on mi tego po prostu nie zagra. Sama przecież jestem aktorką. Pomijając, że naprawdę można w miłej atmosferze, sympatycznej, wzajemnego zaufania, „przenieść góry”. Bywa, że np. się wściekam, a wściekam się okropnie. Jestem spod znaku bliźniąt i dostaję szału strasznego, ale przechodzi mi w sekundę – natychmiast. Bywa, że jest gorąco – że się ścinamy, ale tak czasami trzeba. Generalnie teraz muszę więcej zaufania do aktora, by widział to samo co ja. Dać mu szansę spróbowania a potem ewentualnie powiedzenia co jest niedobrze.

Wizmur Joanna - autograf

Jaki powinien być reżyser dubbingowy?
Reżyser dubbingu, jak każdy człowiek pracujący z ludźmi powinien być nieco przesunięty, czyli nieco szalony. Absolutnie to jest pierwsza rzecz. Reżyser powinien mieć abstrakcyjne poczucie humoru, ponieważ to jest wszystko abstrakcja gdy na ekranie lama mówi, czy osioł mówi, czy potwór w dziecięcej wyobraźni mówi, to nie jest prawda, no nie ? Reżyser musi kochać aktorów, swoją pracę i mieć doświadczenie aktorskie. Na pewno powinien mieć duże doświadczenie dubbingowe, żeby móc aktorowi powiedzieć, jakąś uwagę dać krótko, choćby w sprawie technicznej, Reżyser musi być w pewnej pokorze i w dobrym pojęciu służalczości wobec oryginału. Jako aktorka podkładałam głos w filmie z DeNiro i Jane Fondą „Stanley i Iris”. Zaproszono mnie i wygrałam casting na głos Jane Fondy. Jak przystąpiłam do pracy – to była moja taka większa rola po jakimś dłuższym czasie – zaczynałam w starym SOF-ie u dobrych reżyserów. No, i po dłuższej przerwie to była moja taka „ludzka robota” i postanowiłam, że będę lepsza, że pokażę jak zagram. I zawaliłam tę rolę. Starajmy się być lepsi od siebie a nie konkurujmy z tym co jest. Ponadto reżyser powinien być inteligentnym, sympatycznym człowiekiem i traktować swoje zajęcie jako pewien rodzaj zabawy.

Jak pani ocenia siebie i postacie, którym użyczyła Pani głosu w niektórych filmach?
Zaczynałam od „Siostrzeńców Kaczora Donalda”, gdzie grałam jednego z siostrzeńców. Później, dzięki Misi Aleksandrowicz (której jestem bardzo wdzięczna), dostałam rolę świnki „Babe” w filmie „Babe – świnka z klasą” i „Babe – świnka w mieście”. Tę rolę bardzo kocham. To jest wspaniały film i jak grałam to płakałam i nie mogłam grać, bo… ryczałam. Moją drugą ukochaną niewątpliwie rolą jest rola Terk w „Tarzanie”. Terk to jestem cała ja. I z urody i z charakteru. Zresztą nie chciałam brać udziału w castingu, nie chciałam grać, ponieważ wychodzę z założenia że w takich dużych filmach nie powinno się grać i reżyserować. Natomiast nasz szef Disney’a, Pan Mariusz Arno-Jaworowski, kiedy przesłuchałam masę dziewczyn, powiedział do mnie : „Nie wygłupiaj się, tylko przystąp do tego castingu”. Więc ja pędem poleciałam poćwiczyć, no i dostałam tę rolę. Lubię Dextera, któremu użyczam głosu. Podoba mi się ten rodzaj opowiadania o dzieciństwie. Lubię też Bobby’ego ze „świata Bobby’ego”, w którym jest podobny sposób opowiadania. Ja jestem osobą jak słychać i w głosie, charakterystyczną. Na pewno nie zagram królewny i zresztą Bogu dzięki, bo królewny są nudne. Natomiast wszystkie grube stworzonka (takie charakterystyczne) to najchętniej.

Nad czym Pani obecnie pracuje?
Teraz przystępujemy do pracy nad nowym filmem kinowym „Lilo i Stich”. Nie będę bliżej o tym opowiadała, bo nie wiem czy mi wolno. Premiera kinowa tego filmu, odbędzie się latem. No, i robimy serialowego „Tarzana”, dla potrzeb telewizji.

Dziękuję za rozmowę.